REKOMENDACJE /

Wiosenne poruszenia ciała. Czyli jak im ulec

Jeśli jesteś liściem – brzozy dajmy na to – raczej nie masz problemów z decyzją, czy danego dnia ruszyć się i wyjść, czy jeszcze zostać w pąku. Jeśli jednak – jak ja – jesteś człowiekiem, prawdopodobnie masz dylematy, egzystując wśród sprzecznych impulsów tej wiosny. Bo tak: z jednej strony człowieka gna. Gdzieś, coś, złapać wiatr we włosy i zapach błota w nos, poczuć trawę pod gumą… Ach! Z drugiej, człowiekowi chce się zostać tam, gdzie jest mu wygodnie, czyli na kanapie. A przecież pognać jest przyjemnie i zdrowo. Więc o co chodzi? To ja już nie wiem.

REKLAMA GOOGLE



W szczypcach dylematu
Spędziłam na tej ziemi wiosen kilka…dziesiąt, z każdym rokiem bardziej świadoma – i liści, i siebie – ale nadal zbyt często tkwię w szczypcach sprzeczności. Pozwól, droga czytelniczko (drogi czytelniku), że wykorzystam to miejsce i Twoją cenną uwagę, by trochę sprawę porozważać. Na początek, w nawiązaniu do najlepszych praktyk mediacji, spójrzmy na konflikt z obydwu stron.

Piec czy biec?
Cztery kąty, dach, piec piąty. Kanapa. Jest ciepło, sucho, ładnie. Pachnie. Czy nie po to ludzkość harowała przez pokolenia, żeby się takiego ciepełka dorobić? (A 90% ciągle haruje z małymi widokami na lepsze warunki w życiu). Więc gdzie się ruszać? Męczyć?! Po co? Lepiej poćwiczyć się w rozciąganiu czasu do nieskończoności, gapiąc się na chmury.

Tu wchodzi pan doktor-naukowiec w białym kitlu i pokazuje statystyki. Otyłość, choroby serca, ogólna ruina organizmu spowodowana stresem bez rozładowania fizycznego. Gdyż ludzkie DNA nie jest zaprogramowane na nieustanne komforty. Jednym uchem słuchamy argumentów, z drugiego staramy się je wytrzepać, aż tu... wchodzi duch Coco Chanel i mówi, że od tej pory wysportowana sylwetka i zdrowe ciało jest sexy. Do domowego ciepełka wpada pachnący wiosną powiew i nagle jakiś impuls się w nas budzi, jak w – już tu przywoływanym – pąku brzozy. Wyglądamy przez okno akurat na czas, żeby pożegnać wzrokiem odbiegające pośladki wyznawcy joggingu. I już wierzymy starej Coco, i gorączkowo przeczesujemy kąty w poszukiwaniu trampek, w nadziei, że jakimś cudem uda się dogonić pomykającego pięknie atletę. Wracamy wyczerpani, ale szczęśliwi. Następnego dnia bolą nas wszystkie mięśnie, a poczucie szczęścia się utrzymuje. Pan naukowiec coś mówi o endorfinach. Niech będzie. Zadowoleni, zasiadamy na kanapie i... Kto nas z niej znowu ruszy?

Pomimo, że frakcja „w zdrowym ciele zdrowy duch” jest propagowana – w popularnych magazynach i na rozmaitych obrzeżach społeczeństwa, opcja „po co się męczyć?!” licznie się trzyma, ignorując i rozum, i instynkt. Dla słodkich leniwców mam mnóstwo sympatii. Gdyby jednak postawiono sprawę na ostrzu noża, przyłączyłabym się do obozu ruchliwych. A już na pewno na wiosnę!

Galeria dozorców
I tu właśnie tkwi dylemat. Jak nie stracić tego, co ma do zaoferowania słodki leń, uzyskując jednocześnie zdrowy rumieniec, zadowalający poziom endorfin i sportową sylwetkę? A także równie sportowe wyniki testów – zdrowotnych i romansowych.

Systematyczność! – grzmi pan doktor, w chórze z trenerem i wizażystką. Umiar... – szepczą nekrologi wyczynowców. Zrób 110% tego, co możesz, inaczej się nie rozwiniesz – dopowiada moja masażystka i nauczycielka jogi (pozdrowienia dla Małgosi). Zgadzam się. Tylko jak przekonać wewnętrznego lenia, żeby wstał z kanapy? Jak wyczuć odpowiedni moment (coś, co wspomnianemu liściowi brzozy przychodzi z naturalnym wdziękiem). Od czasu, gdy zaczęłam czerpać wiedzę o zdrowym trybie życia z działu porad Świata Kobiety i Filipinki przeminęło już trochę wiosen, a wraz z nimi kilka sposobów, mniej, z czasem coraz bardziej skutecznych. Jak na przykład...:

Kapral Niskokaloryczny. Na pewno go znacie – mam nadzieję, że tylko ze słyszenia, a nie jak – niestety – ja, z autopsji. Tysiąc kalorii i dziesiątki kilometrów. Ponure zaciskanie paska, pot i przepełnione poczuciem winy mokre sny o ciastku. Efekt? Jo-jo i zero radości. Ha! Na takim gruncie niewiele wyrośnie – może perz, albo zmutowana kukurydza.

Pani Zdyscyplinowana Zmiana Trybu Życia. Pożegnanie z maminą kuchnią, oszczędzanie na biletach autobusowych i rok kompletnie bez cukru. Nawet w kompocie (czekolady, batony i torty przestają jawić się jako jadalne po dwóch, trzech miesiącach, o ile mnie pamięć nie myli). Efekt? Ochronny tłuszczyk odszedł, by nie wrócić. Teoretycznie, gorąco polecam. Praktycznie, wątpię, czy dziś – kiedy doceniłam walory przyjaźni z leniem – stać by mnie było na taką dyscyplinę. I czy liść brzozy mógłby tak, od metra krawieckiego...

Szerokie Jasne Czoło Jogina. Dyscyplina z jeszcze twardszego żelaza, za to z nagrodą na końcu długich godzin rozciągania: siawasana. Jeśli ktoś nie miał przyjemności, wyjaśniam. Słowo to znaczy mniej więcej: błogość, relaks do poziomu stopienia ciała z kocem, w sąsiedztwie nirwany. Na początku trzeba się nauczyć, który ból jest „dobry”, by uniknąć urazu. I znaleźć złoty środek pomiędzy napinaniem się, a odpuszczaniem sobie (w sanskrycie energia lenia to tamas – odczuwany jako ciężar i ciemność w ciele. Jogini chcą odczuwać ciało jako lekkie i jasne). Efekty? Najcenniejsze dla mnie są te uboczne – otwarcie na ludzi, wrażliwość na detal, możliwość uświadomienia sobie, jak moje ciało czuje się w danej sytuacji. Świetny – jak się okazało – początek drogi do siebie. I... tak! Zgadliście! Do swobody liścia brzozy. Fantastycznie. Tylko dalej nie wiem co z tym leniem?

Pobiec własną drogą

Tak sobie to wszystko spisałam – mając Ciebie czytelniczko (czytelniku) za cierpliwego towarzysza – i kawałki tej układanki zaczynają mi się składać w jaśniejszą całość.

Nie wiem jak Ty, ale ja w kwestii ruchu potrzebuję:
A. ruchu – tu pomocny jest plan minimum w postaci dreptania lub pedałowania do pracy i z powrotem;
B. powietrza i błota – najchętniej na szlaku;
C. radości – co w moim przypadku oznacza próbowanie nowych rzeczy, do czego świetny jest taniec;
D. wyżycia się – to łączy się z możliwością pokrzyczenia sobie, więc czasem trzeba włączyć trochę ekstremy;
E. czułej dyscypliny połączonej z łagodnym przymusem – czyli jednak wracamy na zajęcia jogi;
F. elastyczności w dysponowaniu czasem i miejscem – żeby móc ulec impulsowi ruchu, kiedy się pojawi, a nie dwa tygodnie później;
G. dobrego towarzystwa!

No właśnie. Z czasem jest, jak jest i być może tu znajduje się rozwiązanie dylematu. Ale (szczęściara!) zaraz mogę sobie zorganizować dobre towarzystwo. No i lecę na rower! Tymczasem i do zobaczenia w Lasku Wolskim.


Aneta Rząca








NEWSLETTER

Podaj adres e-mail aby otrzymywać newslettera!


REKLAMA

REKLAMA GOOGLE

KURS NA KURS

ul. Felicjanek 19/3
31-103 Kraków



strona główna | kursy | artykuły | wydarzenia | czytelnia | partnerzy | zespół | kontakt
© 2010 KURS NA KURS | Design by MANTO